Lublin - Krasienin i z powrotem. Pani w kiosku powiedziała, że z Krasienina do Kozłówki jest jeszcze 19 km, więc stwierdziłam, że lepiej wracać... ;) A "letko" wracać nie było, wiatr boczno-twarzowy chwilami zwiewał mnie w kierunku dziurawego pobocza ;) odkryłam dziś, że 1 przełożenie też służy do jazdy :D Tak w sumie, to dzisiaj wyjechałam sprawdzić moje bolące od dwóch dni biodro :/ Wynik testu: jadę - nie boli, idę - boli, jaki z tego wniosek? :D
Miałam nie wychodzić, a wyszłam ;) Tradycyjnie wzdłuż Bystrzycy, slalomem pomiędzy pieszymi :/ Nie posiadam świateł, więc zmrok zmusił mnie do powrotu.
Wyjazd porażka... Na sam początek, na osiedlowej drodze jakiś ćwok jadący z naprzeciwka chciał chyba zobaczyć jak ląduję w żywopłocie zajeżdżając mi drogę mimo, że po swojej prawej miał jeszcze duuużo miejsca. Zatrzymałam się burakowi prawie na masce ;] Później, na jakimś szóstym kilometrze robiąc zwrot o 90 stopni moim oczom po prawej ukazała się czarna chmura na niebie wywołująca okrzyk: "o k**wa! Zawróciłam w kierunku domu i kręciłam się po okolicy w oczekiwaniu na deszcz. Nie spadł :/ A że nie lubię jeździć bez celu, pomyślałam, że pojadę do Carrefoura po coś do jedzenia, bo nie mam nic w lodówce. Jak już starannie przypięłam rower, to mi się przypomniało, że przecież nie wzięłam pieniędzy :/ Potem jeszcze wkurwiłam jakiegoś kierowcę wymuszając pierwszeństwo "bo mi się nie chciało zatrzymywać" i wróciłam do domu.
To było w ramach wytrzęsienia wczorajszego piasku ;) Nie wiem, którędy jechałam... ścieżką bądź co bądź, w kierunku zalewu. Miałam się nie zmęczyć, ale nie wyszło... muza nie pozwoliła na spokojną jazdę. Poza tym za gorąco... a ja krótkie gatki w domu zostawiłam :/ Spociłam się jak mysz (dziwne porównanie... widział ktoś kiedyś spoconą mysz?? :D). No i zmrok przynaglał do powrotu do domu. Wnoszenie mojego rumaka na 2-gie piętro daje mi się we znaki w postaci gustownych siniaków na nodze ;)
Zalew Zemborzycki zdobyty ;] Z każdej strony ;] Tym razem skręciłam we właściwym miejscu :D Jednak jest gdzie pojeździć w Lublinie. Fajnie mi się jechało. Ale, że trasy nie znałam, to oczywiście wjechałam w błoto, na przemian z piaskiem i wystającymi korzeniami. Genialna sprawa ;) Po błotku było 15 minut opalania się nad wodą i powrót do domu. A słoneczko dzisiaj ładnie dało... opaliłam sobie ryjek :D Jednym słowem suuuuper wycieczka :)
Zamiast nad zalew dojechałam na Zana... ciekawe jak to się stało ;D Dzisiejszy"wietrzyk" to mnie o mało co nie zdmuchnął do Bystrzycy... ciężko, ale przepiękne słoneczko ratuje sytuację pogodową :) Wracając wstąpiłam do Decathlonu z reklamacją za mocno dokręconego hamulca. A już na sam koniec, na moim osiedlu minęłam się z jakimś przystojnym bikerem, który albo machnął mi ręką, albo osłonił oczy przed słońcem, żeby się lepiej przyjrzeć niespotykanemu zjawisku, jakim jest dziewczyna w kasku :D
dom-dworzec autobusowy-stancja, w ten oto właśnie sposób rower zamieszkał ze mną w pokoju, a ja żyję (nie zabita 126 km jazdy) ;] Pan kierowca niestety nie pozwolił wziąć mi go na "pokład" i rower musiał jechać w bagażniku. Nie wyszedł z tego bez szwanku - trochę się poobijał :/
Wolica-Hrubieszów-Brodzica (z hakiem o "gozdowiecką" dróżkę)-Wolica. Chwilami zaczął już padać jutrzejszy deszcz :/Ostatnie 3 km z wiatrem w twarz. Ale miło :)
Pomykam dla przyjemności po okolicy, a mój rower to Kross Raven Meadow - oponki na większy teren się nie nadają, ale dają radę na naszym polskim asfalcie, który czasem trudno zaliczyć do kategorii "szosa" ;)