Przychodzi ala do fryzjera, a fryzjer pyta: - Jak dzisiaj ścinamy? - Tak, żeby się pod kaskiem dobrze układało. - <bzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzzz>
Żartowałam ;) Coś tam mi na głowie zostało :D Co do wyjazdu, to cały czas mżył deszcz i w końcu mi się odechciało jechać dalej... Nie mam wycieraczek przy okularach ;) Wzdłuż śmierdzącej Bystrzycy i z powrotem.
A, jeszcze miałam ciekawą przygodę: stoję sobie przed przejściem i czekam na zielone... myślę: włączę sobie moją super hiper odlotową lampkę za 12 zł/komplet - chciałam poprawić ustawienie, a ona zrobiła HOP na środek jezdni :D pozbierałam wszystkie kawałki, na które się rozpadła :D Całe szczęście, że blisko nic nie jechało...
Bezdeszczowo, pochmurnie, zimno. Zalew i z powrotem. Dwa razy po drodze się ubierałam i rozbierałam z mojej magicznej, działającej jak sauna, czerwonej kurteczki. Byłoby dłużej, ale siku mi się zachciało :P
Nie wiem gdzie chciałam pojechać, ale zabłądziłam na Choinach, wróciłam się i znów zaryzykowałam trasę nad Zalew. Nie było tak źle jak tydzień temu :D Trochę pokrzyczałam na ludzi ;] Nad wodą na chwilę poległam w trawie wyciągając nogi na bika. Dziś bez lasu, bo ...zdecydowanie too hot :/ 27 *C i brak tlenu w powietrzu to nie dla mnie - bidon 0,7 i butelka 0,5l nie wystarczyły (choć jak już byłam z powrotem koło domu miałam ochotę jeszcze gdzieś pojechać, ale powstrzymałam się ;)). Przez ostatnie 5 km jechałam z muchą w oku :/ Zaczęła mi trzeszczeć kierownica... niedługo odpadnie? :D
Nareszcie udało mi się ruszyć cztery litery. Od kilku dni nie najlepiej się czuję, ale myślę sobie: "w te albo we wte" ;) - albo padnę po drodze, albo mi się poprawi samopoczucie. Nie padłam więc jest OK :D Siła w nóziach jest :D, gorzej z resztą... Wyjechałam tak bez celu: przez Elizówkę, Rudnik do Jakubowic Murowanych i z powrotem, po drodze zahaczając o nieznane przepiękne dróżki. Wracając wstąpiłam po zasiłek do bankomatu w Olimpie, a później mały lans po miasteczku akademickim (tfu, uniwersyteckim :P), gdzie lud się zaczyna "medykaliować" (swoją drogą, to chyba muszę skoczyć do apteki po stopery jeśli chcę spać w nocy...).
Spodobał mi się lasek, więc znów pojechałam nad Zalew. A na trasie rowerowej "do Zalewu" masakra: spacerowicze z wózkami, łkendowi bikerzy z dziećmi jeżdżącymi zygzakiem, biegające psy, koty, dzieci na hulajnogach i bez, rolkarze, wędkarze, renciści i emeryci - o kulach, laskach, na wózkach - naród wszelkiej maści wyległ na ścieżkę spacerowo-rowerową. Ludzie, parków nie macie?? Na trasie wokół Zalewu nie lepiej - zostałam prawie staranowana przez jakiegoś zagadanego lalusia - ratowałam się ucieczką w krzaki ;] Pełno pieszych nawet w lesie... Nigdy więcej tam w weekend nie pojadę. Wrrr... W drodze powrotnej na zakupy do Plusa, bo w lodówce to światło zostało już tylko. Słonecznie, bezwietrznie, cieplutko :)
Ścieżką nad Zalew i dookoła, ale najpierw na dworzec PKS odebrać "przesyłkę specjalną" w postaci pompki rowerowej ;] Nad Zalewem cudo miodzio, słońce nawet wyszło ;) W lesie zieloniutko (mam nadzieję, że kleszcze jeszcze śpią). Oczywiście, że rower czyszczony nie był, więc co mi szkodziło znów władować się w piach i błoto ;D Dzisiaj to "cuda wianki" tworzyłam, dobrze, że niewielu ludzi widziało moje tańce z rowerem na ścieżce w lesie :D - "prawie gleby" były trzy (to na pewno przez te opony ;]). Wracało się ciężko, pod wiatr, na resztkach glukozy we krwi ;] Szkoda, że nie mam aparatu, fotencje byłyby cudowne...
Znów razem :) Wczoraj nie wytrzymałam, pojechałam do domu po rower :D Z racji braku czasu (musiałam zdążyć na przedostatni WF w mojej karierze ;]) oraz nieciekawej pogody znów wykorzystałam PKS... Tym razem jednak ładnie zabandażowałam lewy róg mojego rowerka, co by się jeszcze bardziej nie poobdzierał w bagażniku :D Jutro sobie razem pojeździmy :)
Wstałam o 7.00, napisałam podrozdział pracy i w nagrodę (korzystając z tego, że pogoda się poprawia) wyskoczyłam na moją ubiegłoroczną stałą traskę: Wolica - Brodzica - Podhorce - Nieledew - Obrowiec - Hrubieszów - Świerszczów - Teptiuków - Hrubieszów - Wolica. Dziś "cała na krótko" - fajnie się jechało, pobiłam swój życiowy rekord prędkości - 52,2 km/h :D (oczywiście z górki ;]).
A teraz chwila (najbliższe 2 tygodnie) dla nauki... :/
Do sklepu rowerowego i z powrotem. Niestety w połowie drogi "do" złapał mnie niezbyt lajtowy deszcz i pan powiedział, że nici z czyszczenia napędu dopóki nie wyschnie :/ Zapłaciłam roczną składkę na stowarzyszenie HnR, dostałam w podarunku olej teflonowy ;] poczekałam aż przestanie padać i po kałużach wróciłam do domu. Później już nie padało, mogłam przejechać się kawałek dalej, ale moje mięśnie chyba uzupełniają zapasy glikogenu utracone wczoraj, bo mam niedocukrzenie za niedocukrzeniem. Wolałam dać sobie spokój. Poza tym praca goni... :/
Pomykam dla przyjemności po okolicy, a mój rower to Kross Raven Meadow - oponki na większy teren się nie nadają, ale dają radę na naszym polskim asfalcie, który czasem trudno zaliczyć do kategorii "szosa" ;)