Wyjazd porażka... Na sam początek, na osiedlowej drodze jakiś ćwok jadący z naprzeciwka chciał chyba zobaczyć jak ląduję w żywopłocie zajeżdżając mi drogę mimo, że po swojej prawej miał jeszcze duuużo miejsca. Zatrzymałam się burakowi prawie na masce ;] Później, na jakimś szóstym kilometrze robiąc zwrot o 90 stopni moim oczom po prawej ukazała się czarna chmura na niebie wywołująca okrzyk: "o k**wa! Zawróciłam w kierunku domu i kręciłam się po okolicy w oczekiwaniu na deszcz. Nie spadł :/ A że nie lubię jeździć bez celu, pomyślałam, że pojadę do Carrefoura po coś do jedzenia, bo nie mam nic w lodówce. Jak już starannie przypięłam rower, to mi się przypomniało, że przecież nie wzięłam pieniędzy :/ Potem jeszcze wkurwiłam jakiegoś kierowcę wymuszając pierwszeństwo "bo mi się nie chciało zatrzymywać" i wróciłam do domu.
Komentarze (5)
Matko, czytając kawałek o przypięciu rowerka przy Kerfurze już spodziewałem się najgorszego.. A być może to na szczęście zapomniałaś kasy? Myślałem, że ktoś Ci rowerek buchnął, to by dopiero była tragedia :P
Karla, cukier rewelacja :) Poważniejsze hipo w czasie jazdy jeszcze mi się nie przytrafiło, panuję nad sytuacją ;) Jedynie to noce cierpią :/ A i tak z bazy zeszłam już o 4j :D
Al:)hahaha nooo az mi sie pychol uśmiecha jak czytam twoją przejażdżkę:) a co do wkur...kierowcy;)może cukier spadl? jak w ogole z cukrem? pozdrowionka
heheh, dobry opis :) taki emocjonalny :) pech co najmniej jak "trzynastegowpiątek". Co do deszczu, spadło go troche w zachodniej części Lublina, później nawet ładna tęcza sie pojawiła :)
Pomykam dla przyjemności po okolicy, a mój rower to Kross Raven Meadow - oponki na większy teren się nie nadają, ale dają radę na naszym polskim asfalcie, który czasem trudno zaliczyć do kategorii "szosa" ;)